RĘCE PRECZ OD INTERNETU!

Rząd Donalda Tuska forsuje przepisy umożliwiające administracyjne ograniczanie dostępu do nielegalnych treści i blokowanie domen internetowych. Pod hasłem bezpieczeństwa powstaje mechanizm, który rodzi poważne pytania o wolność słowa, przejrzystość decyzji i ryzyko nadużyć. W 2012 roku Polacy protestowali przeciwko ACTA – dziś ponownie stajemy przed pytaniem, kto powinien kontrolować granice wolności Internetu.

Paź 11, 2026 - 19:27
Zaktualizowano: 2 dni temu
0 27
RĘCE PRECZ OD INTERNETU!

Manifest w obronie wolnego Internetu. W 2012 roku powiedzieliśmy NIE. Dziś znów mamy ku temu powody.

Władza przychodzi i odchodzi. Internet musi pozostać wolny.

Drodzy Internauci, oto kolejny popis politycznej akrobatyki w wykonaniu ludzi, którzy najwyraźniej uznali, że najlepszym sposobem zarządzania Internetem jest wyposażenie administracji państwowej w dodatkowe narzędzia ograniczania dostępu do informacji.

Oczywiście wszystko w szczytnym celu. Dla bezpieczeństwa. Dla dzieci. W trosce o obywateli. Przeciwko przestępcom, oszustom i wszelkiemu złu, które od czasu do czasu wydostaje się z najciemniejszych zakamarków sieci.

Brzmi pięknie. Niemal tak pięknie, jak zapewnienia producenta drukarek, że jego urządzenie nigdy nie odmówi współpracy na pięć minut przed ważnym spotkaniem.

Problem polega na tym, że bezpieczeństwo nie może być uniwersalnym wytrychem do ograniczania praw obywatelskich. A państwo, któremu raz powierzymy narzędzia ingerencji w dostęp do informacji, niekoniecznie będzie chciało się z nimi rozstać.

8 października 2026 roku Sejm uchwalił rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw (druk nr 2693). Za przyjęciem głosowało 242 posłów, przeciw było 61, a 136 wstrzymało się od głosu.

Uchwalenie ustawy przez Sejm nie oznacza jeszcze jej wejścia w życie. Oznacza natomiast, że rozwiązania dotyczące administracyjnego ograniczania dostępu do określonych nielegalnych treści oraz mechanizmu blokowania domen przeszły istotny etap legislacyjny.

I właśnie dlatego trzeba o nich rozmawiać teraz, a nie wtedy, kiedy infrastruktura będzie już działać, a jej funkcjonowanie zostanie uznane za administracyjną codzienność.

Nie zamierzamy bronić przestępców. Nie zamierzamy usprawiedliwiać rozpowszechniania materiałów przedstawiających seksualne wykorzystywanie dzieci, oszustw czy innych przestępstw.

Zamierzamy natomiast bronić zasady, że walka z przestępczością nie daje państwu nieograniczonego mandatu do ingerowania w dostęp do informacji.

To zasadnicza różnica, którą politycy powinni sobie przyswoić, zanim ponownie zaczną wyjaśniać obywatelom, że dla ich własnego dobra trzeba ograniczyć im kolejną wolność.


Urzędnik, decyzja i cyfrowy wyłącznik

Projekt przewiduje, że w określonych sprawach Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej albo Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji będą mogli wydawać nakazy podejmowania działań przeciwko nielegalnym treściom.

Kompetencje obu organów są rozdzielone według rodzaju usługi. KRRiT odpowiada za wskazane w projekcie platformy udostępniania wideo, a UKE za pozostały zakres.

Nie oznacza to, że urzędnik otrzymuje prawo do usuwania dowolnego artykułu, ponieważ nie spodobał mu się jego autor. Projekt zawiera katalog podstaw prawnych, wymogi dowodowe oraz mechanizmy kontroli sądowej. W przypadku określonych przestępstw, w szczególności wskazanych w art. 119, 256 i 257 Kodeksu karnego, sprawa trafia do rozstrzygnięcia przez sąd.

Istnieją również procedury pozwalające dochodzić przywrócenia legalnych treści niesłusznie ograniczonych przez dostawcę hostingu.

To trzeba powiedzieć uczciwie, ale trzeba powiedzieć również coś innego - w części spraw pierwszą decyzję o ograniczeniu dostępu do treści będzie podejmował organ administracyjny, a nie niezawisły sąd! I to tu właśnie pojawia się zasadnicze pytanie: czy przewidziane zabezpieczenia dostatecznie chronią obywatela przed błędem, nieproporcjonalną ingerencją albo przyszłym nadużyciem kompetencji?

Dziś administracja może deklarować najlepsze intencje. Jutro te same przepisy będzie wykonywał zupełnie inny aparat państwowy, podlegający innym politycznym priorytetom. Prawo nie może opierać się na założeniu, że u władzy zawsze pozostaną ludzie rozsądni, bezstronni i odporni na pokusę nadużywania swoich kompetencji. Gdyby historia potwierdzała takie założenie, podręczniki historii politycznej byłyby znacznie cieńsze.

Blokowanie domen, czyli administracyjna maczeta zamiast skalpela

Największe zastrzeżenia budzi mechanizm przewidziany w projektowanym art. 11n. W określonych sytuacjach, gdy brak skuteczniejszych środków wykonania nakazu, możliwe ma być wpisanie domeny do rejestru prowadzonego przez Prezesa UKE.

Projekt wskazuje warunki zastosowania takiego rozwiązania. Chodzi między innymi o strony wykorzystywane stale lub w przeważającym zakresie do rozpowszechniania nielegalnych treści, techniczną niemożliwość skutecznego ograniczenia konkretnego materiału albo niewykonanie wcześniejszego nakazu pomimo wezwania.

Nie jest to więc mechanizm całkowicie dowolny, nie zmienia to jednak jego technicznej natury. Operatorzy świadczący dostęp do Internetu mieliby obowiązek zablokować dostęp do domen wpisanych do rejestru za pośrednictwem swoich systemów DNS, nie później niż w ciągu 48 godzin od dokonania wpisu.

DNS jest jednym z podstawowych mechanizmów pozwalających urządzeniom odnajdywać serwery na podstawie nazw domenowych. Blokada na tym poziomie nie usuwa treści z serwera i nie sprawia, że witryna przestaje istnieć na całym świecie. Może jednak uniemożliwić zwykłym użytkownikom korzystającym z systemów DNS danego operatora dotarcie do niej w standardowy sposób.

I tutaj pojawia się problem nazywany overblockingiem, czyli nadmiernym blokowaniem. Domena nie zawsze oznacza jeden serwis, jednego autora i jeden materiał.

Pod jedną nazwą mogą funkcjonować liczne podstrony, publikacje i niezależne zasoby - ograniczenie dostępu do całej domeny może zatem dotknąć również treści legalnych, niemających żadnego związku z przedmiotem postępowania.

To różnica między usunięciem konkretnego nielegalnego materiału a ograniczeniem dostępu do całego miejsca jego publikacji. Mówiąc obrazowo - jeśli w bibliotece znajduje się jedna nielegalna publikacja, rozsądne państwo powinno skoncentrować się na tej publikacji, a nie zaczynać od zamurowania drzwi do biblioteki.

Środek ingerencji musi być proporcjonalny do zagrożenia. Nie wystarczy, że jest technicznie wygodny dla administracji rządowej!

Rejestr domen, którego obywatel nie może swobodnie skontrolować

Jest jeszcze jeden element projektu, który zasługuje na szczególną uwagę. Art. 11n ust. 10 w wersji przedstawionej przez komisję przewiduje ograniczony dostęp do rejestru domen. Dostęp mają uzyskać Prezes UKE, Przewodniczący KRRiT oraz określeni przedsiębiorcy telekomunikacyjni.

Projekt wyłącza również stosowanie wobec samego rejestru przepisów ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jednocześnie przewiduje publikowanie treści decyzji administracyjnych z wyłączeniem informacji prawnie chronionych. Nie jest więc prawdą, że wszystkie rozstrzygnięcia mają pozostać tajne.

Ale niejawność samego rejestru pozostaje kwestią wymagającą poważnego uzasadnienia. Obywatel powinien mieć możliwość skutecznej kontroli tego, w jaki sposób państwo korzysta z mechanizmów ograniczających dostęp do informacji.

Ile domen wpisano? Jak długo pozostawały zablokowane? Ile rozstrzygnięć zostało skutecznie zakwestionowanych? W ilu przypadkach ograniczenie dotknęło również legalnych publikacji? Jeżeli odpowiedzi mają pochodzić przede wszystkim z okresowych komunikatów administracji, pojawia się oczywisty problem przejrzystości.

Państwo nie powinno oczekiwać bezwarunkowego zaufania do systemu, którego działania obywatele nie mogą w wystarczającym stopniu niezależnie kontrolować.

Transparentność nie jest nagrodą przyznawaną przez urzędnika za poprawne zachowanie, mało tego, jest jednym z podstawowych warunków demokratycznego sprawowania władzy.

Prawo do wniesienia sprzeciwu istnieje. Czy zawsze będzie wystarczające?

Projekt przewiduje możliwość wniesienia sprzeciwu od decyzji administracyjnej do sądu powszechnego, zasadniczo w terminie 14 dni od jej doręczenia. Przewidziano też szczególny rygor natychmiastowej wykonalności dla wskazanych kategorii przestępstw seksualnych dotyczących małoletnich.

Nie można zatem twierdzić, że wszystkie decyzje automatycznie stają się natychmiast wykonalne ani że ustawodawca całkowicie wyłączył kontrolę sądową. Problem polega na czymś subtelniejszym. W sprawach dotyczących wolności wypowiedzi czas ma znaczenie.

Materiał dziennikarski, publikacja ekspercka czy ostrzeżenie o zagrożeniu mogą być szczególnie istotne przez kilka dni. Jeżeli dostęp do nich zostanie niesłusznie ograniczony, późniejsze przywrócenie nie zawsze naprawi wszystkie skutki. Dotyczy to zwłaszcza przypadków, w których decyzja zostanie wykonana przed jej ostateczną kontrolą sądową.

Dlatego nie wystarczy samo stwierdzenie, że obywatel może skierować sprawę do sądu. Trzeba również zapytać, czy kontrola jest odpowiednio szybka, dostępna i skuteczna, a ochrona przed nieodwracalnymi skutkami błędnej decyzji rzeczywiście wystarczająca.

Wolność słowa nie może zależeć wyłącznie od tego, czy ktoś ma wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, aby prowadzić długotrwały spór prawny.

Nie zasłaniajcie krajowych decyzji unijnym rozporządzeniem!

Digital Services Act, czyli unijne rozporządzenie 2022/2065, określa między innymi wymagania wobec nakazów dotyczących nielegalnych treści oraz obowiązki usług pośrednich.

Art. 9 DSA przewiduje, że nakazy mogą być wydawane na podstawie odpowiedniego prawa unijnego lub krajowego i ustanawia wymagania dotyczące ich treści oraz obsługi.

Nie oznacza to jednak, że Unia Europejska nakazała Polsce stworzenie dokładnie takiego modelu administracyjnego blokowania domen, jaki znalazł się w projekcie.

Kształt krajowych procedur, właściwość organów i zakres proponowanych instrumentów stanowią również przedmiot decyzji polskiego ustawodawcy.

Dlatego odpowiedzialności za nie nie można automatycznie przenosić na Brukselę.

Rząd Donalda Tuska ma prawo proponować określone rozwiązania. Parlament ma prawo je uchwalać.

Ale obywatele mają dokładnie takie samo prawo żądać wyjaśnień, kwestionować proporcjonalność przepisów i protestować przeciwko rozwiązaniom, które uznają za niebezpieczne dla wolności Internetu.

I żaden minister nie powinien traktować takich pytań jak zamachu na bezpieczeństwo państwa.


Rok 2012. Historia, której politycy najwyraźniej nie odrobili

W 2012 roku protesty przeciwko ACTA pokazały, że internauci potrafią wyjść poza ekrany komputerów i skutecznie upomnieć się o swoje prawa.

Nie wszyscy byli informatykami. Nie wszyscy interesowali się prawem międzynarodowym. Nie wszyscy nawet w pełni rozumieli techniczne konsekwencje proponowanych rozwiązań. Ale wielu rozumiało jedną podstawową rzecz: regulowanie Internetu bez dostatecznej debaty społecznej i zabezpieczeń praw obywatelskich jest niebezpieczne.

Tamten spór różnił się prawnie i technicznie od dzisiejszego. ACTA nie było projektem ustawy o rejestrze blokowanych domen. Łączy je jednak fundamentalne pytanie: jak daleko państwo może się posunąć w regulowaniu cyfrowego środowiska, zanim ochrona uzasadnionych interesów zacznie zagrażać podstawowym wolnościom?

Odpowiedź nie może zależeć od aktualnego sondażu ani od tego, który polityk akurat zarządza resortem cyfryzacji. Internet nie należy do Donalda Tuska, Krzysztofa Gawkowskiego ani żadnego przyszłego ministra. Nie należy też do jednej partii, koalicji czy politycznej opozycji. Internet jest wspólną przestrzenią komunikacji. A wolność w tej przestrzeni nie jest prezentem od rządu. Nigdy nie była.


Czego żądamy?

Nie domagamy się żądnych kosmetycznych poprawek! Nie interesuje nas bardziej przejrzysty rejestr blokowanych domen, łagodniejsza procedura administracyjna ani obietnice, że nowe uprawnienia będą wykorzystywane wyłącznie w słusznej sprawie. Domagamy się całkowitego odstąpienia od tych rozwiązań. Bezwarunkowo.

Nasze żądania są jednoznaczne:

  1. NATYCHMIASTOWE ZATRZYMANIE PRAC NAD PRZEPISAMI O ADMINISTRACYJNYM BLOKOWANIU DOMEN. Żądamy niedopuszczenia do wejścia w życie proponowanego mechanizmu oraz usunięcia tych rozwiązań z polskiego porządku prawnego.

  2. CAŁKOWITA REZYGNACJA Z REJESTRU BLOKOWANYCH DOMEN. Nie chcemy państwowego systemu umożliwiającego administracyjne odcinanie dostępu do całych witryn internetowych. Nie interesuje nas zmiana nazwy rejestru, operatora systemu ani urzędu odpowiedzialnego za jego prowadzenie.

  3. KONIEC Z ROZSZERZANIEM ADMINISTRACYJNYCH UPRAWNIEŃ DO OGRANICZANIA DOSTĘPU DO INFORMACJI. Przestępstwa należy ścigać, a sprawców pociągać do odpowiedzialności zgodnie z prawem. Nie może to jednak służyć jako uzasadnienie budowania coraz rozleglejszej infrastruktury blokowania Internetu.

  4. TRWAŁE GWARANCJE PRAWNE PRZED POWROTEM TAKICH ROZWIĄZAŃ. Żądamy zabezpieczeń ustawowych i skutecznych mechanizmów ochrony konstytucyjnej wolności wypowiedzi, aby podobny system nie powrócił za kilka lat pod inną nazwą, z innym uzasadnieniem i podpisem kolejnego ministra.

Nie żądamy miejsca przy stole, przy którym będą ustalane zasady działania administracyjnego wyłącznika Internetu. Żądamy rezygnacji z jego budowy!

Nie potrzebujemy kolejnych konsultacji mających przekonać obywateli, że ograniczanie dostępu do informacji jest w rzeczywistości przejawem troski o ich bezpieczeństwo. Nie oczekujemy zapewnień, że obecny rząd nie będzie nadużywał proponowanych kompetencji. Nie zamierzamy również polegać na dobrej woli przyszłych rządzących. Nie chcemy lepiej zarządzanego mechanizmu blokowania domen. Nie chcemy takiego mechanizmu w proponowanej postaci w ogóle.

To nie są żądania szczególnych przywilejów dla administratorów stron internetowych, dziennikarzy czy środowiska IT. To stanowisko w obronie wolności komunikowania się, pozyskiwania informacji i korzystania z Internetu bez nieproporcjonalnej ingerencji administracji państwowej. Nie chodzi o to, kto dziś rządzi. Chodzi o to, jakich narzędzi władza nie powinna otrzymywać niezależnie od tego, kto sprawuje urząd premiera czy ministra.

ŻADNYCH KOMPROMISÓW W SPRAWIE ADMINISTRACYJNEGO BLOKOWANIA DOMEN. ŻADNEGO PAŃSTWOWEGO REJESTRU CENZUROWANYCH STRON. ŻADNEGO CYFROWEGO WYŁĄCZNIKA W RĘKACH ADMINISTRACJI. RĘCE PRECZ OD NASZEJ SIECI!

Władza przemija. Wolność musi przetrwać! 


Czas na obywatelski sprzeciw. Pokojowy, legalny i widoczny

Protest nie musi oznaczać chaosu. Nie musi polegać na atakowaniu infrastruktury, nękaniu kogokolwiek ani utrudnianiu funkcjonowania usług internetowych. Wystarczy dobrze zorganizowana, konsekwentna akcja informacyjna.

Krok pierwszy: Internet pokazuje, czym jest blokada

Zachęcamy administratorów blogów, portali, forów i niezależnych serwisów do dobrowolnego udziału w akcji "Ręce precz od naszej sieci!". Na stronach uczestniczących w proteście może pojawić się krótka, wyraźnie oznaczona symulacja ograniczenia dostępu do witryny. Stary ekran CRT. Charakterystyczne zakłócenia. Czerwony napis:

OCENZUROWANO

A następnie komunikat:

"To tylko symulacja. Projektowane przepisy przewidują możliwość blokowania dostępu do domen. Dowiedz się, dlaczego kontrola takich decyzji jest ważna dla wolności Internetu".

Niech każdy odwiedzający zrozumie, o co toczy się spór. Symulacja powinna być krótka, łatwa do pominięcia, dostępna dla osób z niepełnosprawnościami i nie może wprowadzać w błąd co do rzeczywistego statusu witryny. Żadnych ataków DDoS. Żadnych włamań. Żadnego blokowania cudzych stron. Wyłącznie edukacja i świadomy protest na własnych serwisach.

Krok drugi: Media społecznościowe i presja opinii publicznej

Publikujmy materiały wyjaśniające mechanizm blokowania domen, ryzyko nadmiernej ingerencji oraz znaczenie kontroli sądowej. Używajmy wspólnych oznaczeń:

#InternetBezCenzury

#RecePreczOdSieci

#WolnyInternet

Pytajmy parlamentarzystów wszystkich ugrupowań o ich stanowisko wobec rejestru domen, przejrzystości decyzji i ochrony legalnych treści. Nie chodzi o zastąpienie jednej politycznej propagandy drugą. Chodzi o to, żeby osoby sprawujące władzę musiały publicznie uzasadnić rozwiązania, za którymi głosują.

Przede wszystkim jednak czytajmy projekty ustaw, sprawdzajmy argumenty i nie rozpowszechniajmy nieprawdziwych informacji. Protest oparty na faktach jest znacznie trudniejszy do zdyskredytowania niż protest oparty na pogłoskach.

Krok trzeci: Pokojowe demonstracje

Jeżeli obywatele zdecydują się na demonstracje w przestrzeni publicznej, powinni korzystać z praw gwarantowanych przez art. 57 Konstytucji RP i przepisów Prawa o zgromadzeniach. W przypadku standardowego zgromadzenia organizator zawiadamia właściwy organ gminy nie wcześniej niż 30 dni i nie później niż 6 dni przed planowanym wydarzeniem.

Jeżeli zgromadzenie nie będzie powodowało utrudnień w ruchu drogowym, możliwe jest zastosowanie trybu uproszczonego. Zawiadomienie właściwego centrum zarządzania kryzysowego następuje wtedy nie wcześniej niż 30 dni i nie później niż 2 dni przed wydarzeniem. Prawo przewiduje również zgromadzenia spontaniczne, będące reakcją na nagłe, niemożliwe do przewidzenia wydarzenia publiczne. Nie wymagają one wcześniejszego zawiadomienia, ale muszą odpowiadać ustawowej definicji takiego zgromadzenia.

Zawiadomienie o zgromadzeniu nie jest prośbą o polityczne pozwolenie na wyrażenie sprzeciwu.

Zgromadzenia powinny być pokojowe i prowadzone zgodnie z prawem. Prawidłowe zawiadomienie nie wyłącza możliwości rozwiązania demonstracji w przypadkach przewidzianych ustawą. Transparenty, dyskusje, wystąpienia i obecność obywateli w przestrzeni publicznej są wystarczająco silnymi narzędziami demokratycznego protestu. Nie trzeba nikogo atakować, żeby władza usłyszała, że obywatele się z nią nie zgadzają.


Wolność Internetu nie ma barw partyjnych

Warto w tym miejscu powiedzieć coś, co części polityków może się nie spodobać. Nie interesuje nas, kto akurat zajmuje fotel premiera. Donald Tusk nie będzie premierem wiecznie. Krzysztof Gawkowski nie będzie ministrem cyfryzacji wiecznie. Każdy kolejny rząd odziedziczy jednak przepisy, instytucje i narzędzia pozostawione przez swoich poprzedników.

Dlatego uprawnienia państwa trzeba oceniać nie według sympatii do obecnej władzy, lecz według tego, jak mogłyby zostać wykorzystane przez władzę, której absolutnie nie ufamy. Jeżeli jakieś narzędzie wydaje się bezpieczne tylko dlatego, że dziś obsługują je "nasi", to znaczy, że problem jest znacznie poważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Dużo poważniejszy! Zbliża nas do totalitaryzmu! Wolność wypowiedzi nie jest przywilejem ludzi głosujących na właściwą partię.

Nie kończy się tam, gdzie zaczyna się krytyka premiera, prezydenta, ministra czy parlamentarnej większości. Oczywiście nie oznacza bezkarności za przestępstwa. Wolność słowa podlega zgodnym z Konstytucją ograniczeniom, które muszą być odpowiednio uzasadnione i proporcjonalne.

Ale wolność traci znaczenie, jeżeli jej granice mogą być rozszerzane w sposób nieprzejrzysty, arbitralny albo niewspółmierny do rzeczywistego zagrożenia.

Art. 54 Konstytucji RP chroni wolność wyrażania poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. To nie jest ozdobnik w prawniczym podręczniku.

To zobowiązanie państwa wobec obywateli.


Nie oddamy Internetu. Koniec dyskusji!

Internet nie jest idealny. Nigdy nie był. Są w nim oszuści, przestępcy, manipulanci, propaganda, złośliwe oprogramowanie i ludzie przekonani, że pisanie wielkimi literami czyni ich argumenty bardziej prawdziwymi. Ale odpowiedzią na realne zagrożenia nie może być budowanie kolejnych mechanizmów administracyjnego ograniczania dostępu do informacji.

Potrzebujemy skutecznego ścigania przestępstw, sprawnych instytucji i rzeczywistej ochrony dzieci. Od tego mamy prawo, policję, prokuraturę i niezawisłe sądy. Nie potrzebujemy natomiast urzędniczego wyłącznika Internetu, państwowego rejestru blokowanych domen ani kolejnych instrumentów, które przyszła władza mogłaby wykorzystać przeciwko obywatelom.

Nie domagamy się poprawienia tych przepisów. Domagamy się ich całkowitego odrzucenia!

Nie interesuje nas żaden bardziej przejrzysty rejestr. Nie chcemy sprawniejszej procedury blokowania domen, nie oczekujemy powołania kolejnego zespołu ekspertów, który przez następne miesiące będzie zastanawiał się, jak uczynić administracyjne ograniczanie dostępu do informacji bardziej eleganckim.

Nie ma znaczenia, czy cyfrowy wyłącznik zostanie opakowany w pięćdziesiąt stron urzędniczych zapewnień, ozdobiony unijnymi gwiazdkami czy nazwany "mechanizmem ochrony przestrzeni informacyjnej".

Nie chcemy takiego wyłącznika. Kropka.

Żądamy zatrzymania procesu legislacyjnego, odstąpienia od proponowanego mechanizmu administracyjnego blokowania domen oraz ustanowienia trwałych gwarancji prawnych, które uniemożliwią odtworzenie podobnych rozwiązań pod inną nazwą. Nie za rok. Nie po kolejnych konsultacjach. Nie po następnej kampanii wyborczej.

Teraz.

Nie zamierzamy negocjować warunków funkcjonowania systemu, którego powstaniu się sprzeciwiamy. Nie potrzebujemy zapewnień, że obecny rząd będzie korzystał z nowych uprawnień odpowiedzialnie. Nie interesują nas również obietnice, że przyszli ministrowie okażą się równie rozsądni. Wolność obywatelska nie może zależeć od dobrego humoru urzędnika, politycznych sympatii aktualnego ministra ani chwilowej łaskawości parlamentarnej większości.

Jeżeli rządzący naprawdę chcą chronić obywateli, niech skutecznie egzekwują istniejące prawo, ścigają przestępców i wzmacniają wymiar sprawiedliwości, zamiast dokładać administracji kolejne narzędzia ingerencji w dostęp do informacji.

W 2012 roku Polacy pokazali, że wolności Internetu nie traktują jako technicznego dodatku do umowy z operatorem. Protesty przeciwko ACTA przypomniały politykom, że obywatele potrafią stanowczo sprzeciwić się rozwiązaniom, które uznają za zagrożenie dla swoich praw.

Najwyraźniej tę lekcję trzeba przypomnieć. Nie w obronie jednej partii. Nie przeciwko wyborcom innej. Nie dla polityków, którzy dziś chętnie występują w roli obrońców wolności, choć jutro sami mogliby zapragnąć podobnych uprawnień.

W obronie zasady, że władza ma służyć obywatelom, a nie decydować według własnego uznania, do jakich informacji obywatele powinni mieć dostęp.

Dzisiaj premierem jest Donald Tusk. Jutro będzie nim ktoś inny. Ministrowie odejdą, koalicje się rozpadną, partie pozamieniają się miejscami w sejmowych ławach. Pozostaną jednak przepisy, instytucje i infrastruktura, którą dzisiejsi politycy zdecydują się pozostawić swoim następcom.

Dlatego nie wystarczy obietnica, że nikt nie zamierza nadużywać nowych kompetencji.

Żądamy, aby proponowany system administracyjnego blokowania domen nie powstał. Żądamy również prawnych gwarancji, aby nie powrócił w przyszłości.

Nie zamierzamy oddawać wolności Internetu w zamian za zapewnienia, że wszystko odbywa się dla naszego dobra. Nie potrzebujemy cyfrowego opiekuna, który będzie decydował, do których drzwi wolno nam zapukać, a które pozostaną zamknięte na polecenie administracji.

Nie potrzebujemy urzędniczej zgody na korzystanie z wolnej sieci. I nie zamierzamy milczeć tylko dlatego, że komuś na rządowych korytarzach obywatelski sprzeciw wydaje się niewygodny.

Nie ustąpimy. Nie damy się uciszyć.

Niech nikt nie łudzi się, że obywatelski sprzeciw zakończy się na kilku artykułach, plakatach i wpisach w mediach społecznościowych.

Nie zakończy się.

Jeżeli władza zignoruje głos obywateli, sprzeciw będzie trwał. Jeżeli zlekceważy protesty, przybiorą one kolejne formy. Jeżeli spróbuje przedstawić obronę wolności Internetu jako działalność wymierzoną w bezpieczeństwo państwa, tym bardziej potrzebna będzie stanowcza i konsekwentna odpowiedź obywatelska.

Nie wykluczamy również pokojowego nieposłuszeństwa obywatelskiego - jawnego, świadomego sprzeciwu wobec rozwiązań uznawanych za niesprawiedliwe, podejmowanego bez przemocy i ze świadomością możliwych konsekwencji prawnych.

Historia demokracji pokazuje, że prawa obywatelskie nie zawsze były chronione dzięki dobrej woli rządzących. Niejednokrotnie wymagały determinacji ludzi, którzy odmawiali milczenia w obliczu działań władzy.

Nieposłuszeństwo obywatelskie nie jest przyzwoleniem na przemoc, zastraszanie czy niszczenie cudzej własności. Jest wyrazem przekonania, że posłuszeństwo wobec państwa nie może oznaczać bezwarunkowej akceptacji każdej jego decyzji.

Jeżeli zajdzie taka potrzeba, pójdziemy z władzą na zwarcie. Polityczne, prawne i obywatelskie. Otwarte, konsekwentne i pokojowe.

Nie poddamy się dlatego, że ktoś nazwie nas radykałami. Nie zrezygnujemy dlatego, że sprzeciw stanie się niewygodny. Nie pozwolimy sprowadzić fundamentalnego sporu o wolność do kolejnej konferencji prasowej, po której wszyscy mają grzecznie wrócić do swoich zajęć.

Nie jesteśmy poddanymi. Jesteśmy obywatelami.

I nie zamierzamy prosić żadnego rządu o łaskawe pozwolenie na korzystanie z praw, które gwarantuje nam Konstytucja. To nie jest groźba. To gwarancja obywatelskiego sprzeciwu.

Sprzeciwu, którego nie uciszy polityczna propaganda, nie zniechęcą urzędnicze komunikaty i nie zakończy kolejne zapewnienie, że wszystko odbywa się dla naszego dobra.Nie interesuje nas, ile politycznego kapitału zainwestowano w te rozwiązania ani jak bardzo niewygodne okaże się odstąpienie od nich.

Wolność Internetu nie podlega negocjacjom.

Nie ustąpimy. Nie zamilkniemy. Nie poddamy się.

W 2012 ROKU POWIEDZIELIŚMY NIE. DZIŚ MÓWIMY TO PONOWNIE.

NIE DLA CENZURY!

NIE DLA URZĘDNICZEJ DYKTATURY!

RĘCE PRECZ OD NASZEJ SIECI!

Władza przemija. Wolność musi przetrwać.

HACKIN9.pl - październik 2026


Źródła:

Nota redakcyjna: Tekst stanowi opinię publicystyczną dotyczącą rozwiązań legislacyjnych. Opis odnosi się do stanu prac parlamentarno-legislacyjnych na 11 października 2026 r. Szczegółowe omówienie projektowanych art. 11a–11t opiera się na opublikowanym sprawozdaniu komisji i dostępnych informacjach o dalszych pracach. Uchwalenie ustawy przez Sejm nie oznacza jej wejścia w życie.


Acid

Zawodowo związany z zarządzaniem infrastrukturą IT, cyberbezpieczeństwem i technologiami sieciowymi. Pasjonat prywatności cyfrowej, kryptografii, etycznego hackingu oraz wolności słowa w sieci. Zwolennik technicznej precyzji, niezależnego myślenia i zdrowego sceptycyzmu wobec wszelkich autorytetów. W HACKIN9 łączy praktyczne doświadczenie z zamiłowaniem do analizy technologii i jej wpływu na współczesny świat. Bez korporacyjnej nowomowy, niepotrzebnej sensacji i wiary w cudowne rozwiązania.

Komentarze (0)

User